Budowanie dobrych relacji rodzic – nauczyciel
Marzy się nam front jedności w relacjach nauczyciele – rodzice. Niestety, okazuje się, że w praktyce trudno o dobre porozumienie pomiędzy tymi dwoma grupami. Dlaczego tak się dzieje? Kto jest odpowiedzialny za kształtowanie wzajemnych relacji? Przecież obie strony mają wspólny cel – nauczanie i wychowanie dzieci.
Wendi Friesen, znana amerykańska terapeutka opisuje swoje wrażenia z dziesięciominutowych spotkań z nauczycielami, na które została zaproszona do szkoły, gdzie uczęszczał jej syn.
„Zauważyłam, że istotny wpływ na moje samopoczucie miała nić porozumienia ( lub jej brak) z każdym z nauczycieli. Po każdym dziesięciominutowym spotkaniu odczuwałam gwałtowną zmianę mojego stanu wewnętrznego, w zależności od słów, których nauczyciel używał, oraz od ogólnego sposobu prezentacji. Jedno spotkanie wyzwalało we mnie nadzieję i dreszczyk emocji, inne zapowiadało totalną nudę, a jeszcze inne budziło ciekawość. Nauczyciel prezentujący swoje zajęcia miał szansę zainspirować i uspokoić lub przeciwnie – zniechęcić i zaniepokoić. Sama poczułam, że dobór słów i język ciała nauczyciela muszą mieć ogromny wpływ na wyniki uczniów.”
Fragment książki „Sztuka porozumienia” Kevina Hogana
Czy zastanawiasz się, jakie uczucia i emocje wzbudzasz swoimi słowami i zachowaniem u słuchaczy? Jednym z elementów budowania porozumienia jest dobór słów oraz mowa ciała. Na sposób zachowania mają wpływ nasze cechy osobowości, postawa, jaką chcemy prezentować, nasze wartości, a także aktualny nastrój oraz bieżące problemy. Chłodne, pełne rezerwy zachowanie wyzwala niechęć i na odwrót.
9 marca 2010 @ 14:59
Wiele zależy od tego, z jakim nastawieniem przychodzą rodzice. Niektórzy są pasywni a inni od razu chcą pokazać swoją wyższość zwłaszcza, jeśli reprezentują zamożniejszą grupę społeczną. Osobiście uważam, że zachowanie odpowiedniego dystansu ze strony nauczyciela jest najlepsze.
10 marca 2010 @ 22:27
W moim przypadku gwarancją nawiązania dobrej relacji z rodzicem zawsze był i jest uśmiech. Uśmiech jest zaraźliwy, więc istnieje duża szansa, że rodzic go odwzajemni. To na początku wystarczy, by “przełamać lody”. A potem już jest łatwiej.
Hm…długo nie byłam świadoma, że na początku znajomości z rodzicami stosuję zawsze pewien chwyt psychologiczny, bo robiłam to zawsze spontanicznie. Otóż na pierwszym zebraniu mówiłam, że dziękuję im za zaufanie, jakim mnie obdarzyli, powierzając mi swój najcenniejszy skarb, własne dziecko (uczę w klasach I-III, więc rodzice decydują do kogo trafi ich dziecko). Wygłaszałam też hurraoptymistyczną tezę, że na pewno będzie nam się świetnie współpracowało, ponieważ ja mam zawsze szczęście do rodziców. I jest to prawda! Nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie reakcje rodziców, chwalonych przeze mnie za pomoc, którzy zawsze mi to przypominali: no przecież nie może być inaczej, skoro ma pani szczęście do rodziców…a rodzice do pani. Ups….Samosprawdzająca się przepowiednia? Nieźle ich wmanewrowałam, co?
Podstawową zasadą w utrzymaniu dobrych relacji z rodzicami jest zachowanie właściwych proporcji w dozowaniu dobrych i złych informacji o uczniu. Rodzic odbiera krytykę swojego dziecka bardzo osobiście, więc niepowodzenia ucznia będą powodem jego frustracji, a pochwała będzie powodem do dumy z siebie. To dlatego rodzice gorszych uczniów unikają kontaktów z wychowawcą. Mają swoje własne problemy a tu jeszcze dostanie im się reprymenda za zachowanie dziecka. Natomiast rodzice prymusów bardzo chętnie przychodzą na każde zebranie czy konsultacje.
To zrozumiała reakcja, ponieważ każdy woli być chwalony niż krytykowany, no chyba że jest to konstruktywna krytyka.
Zauważyłam, że zwłaszcza w starszych klasach, wychowawcy nie zawsze pamiętają o tym, by pochwalić uczniów. Mają tyle zastrzeżeń, że często zabraknie im już czasu na pozytywne oceny zachowań uczniów. Zazwyczaj na wywiadówkach koncentrują się na problemach, co jest w sumie zrozumiałe. Jeśli jednak drastycznie ulegnie zachwianiu proporcja między chwaleniem a ganieniem to niestety rodzice odbiorą to jako jawną niesprawiedliwość. I będą mieli rację, bo nigdy nie jest tak, że ktoś jest całkiem “do niczego”. Zadaniem nauczyciela jest dostrzec nie tylko to co jest złe, ale również to, co dobre w uczniu.
Krytyka sposobu wychowywania dziecka przez rodzica w wydaniu nauczyciela też nie jest zbyt zbyt dobrym rozwiązaniem. Wystarczy przecież mieć świadomość, że większość rodziców wychowuje swoje dziecko najlepiej jak potrafi, a jeśli im się to nie udaje, to znaczy, że albo nie potrafi inaczej, albo sama ma problemy ze sobą. To całkowicie zmienia nastawienie do nich i pozwala na udzielanie życzliwych rad, bez zbędnych emocji. Awanturujący się rodzic wysyła “sygnał” dla nauczyciela, że nie radzi sobie z nadmiarem problemów życiowych. Jeśli dołożymy mu jeszcze wtedy “do pieca”, to wybuchnie i skończy się to kłótnią. Nagromadzone emocje powodują, że używamy zbyt ostrych słów do wyrażenia tego, co czujemy, a których później najczęściej żałujemy.
Niestety, to nauczyciel, a nie rodzic powinien umieć zapanować nad zaistniałą sytuacją. Jeśli rodzic krzyczy, to nauczyciel powinien milczeć i pozwolić mu wypowiedzieć się do końca, co zapobiegnie eskalacji problemu. Sądzę, że rodzic potraktowany w ten sposób nie będzie używał obraźliwych słów. A jeśli ich użyje, dopilnujmy, by wyjaśnił co dokładnie miał na myśli, gdy się już uspokoi. Podejrzewam, że wtedy po prostu za nie przeprosi. Często negatywne emocje są wynikiem zwykłego nieporozumienia lub opacznie zrozumianego problemu. Poza tym rodzic ma swoje racje a nauczyciel swoje. Warto więc wziąć pod uwagę obie strony i spróbować rozwiązać problem zamiast obrażać się na siebie.
Jeśli już mamy przekazać rodzicom złe informacje o uczniu, zastosujmy zasadę kanapki: pochwała-nagana-pochwała. Np. “Michał świetnie sobie radzi w grupie i ma wielu kolegów - martwi mnie to, że często z nimi popada w konflikty i bywa wtedy agresywny- widzę jednak, że coraz lepiej radzi sobie ze złością”. Taka informacja nie sugeruje kto jest winny i nie nastawia stronniczo rodzica. Wtedy można łatwiej rozwiązać problem.
Zdaję sobie sprawę z roli, jaką pełnię będąc pośrednikiem między rodzicem a dzieckiem. Rodzicom tłumaczę przyczyny zachowań uczniów, a uczniom niektóre zachowania rodziców. Powinnam więc rozumieć argumenty obu stron i jeszcze umieć wyciągnąć własne wnioski. To trudne zadanie, ale tylko tak można być najbardziej obiektywnym i sprawiedliwym. Na wywiadówce zawsze znajdę kilka minut na opowiedzenie jakiejś anegdoty z życia klasy, albo kawału o szkole lub o rodzicach. To zawsze działa rewelacyjnie i rozładowuje napięcia.
Nigdy nie traktowałam rodziców z góry, ale jako jako partnerów. Bez problemu przyznaję się do tego, że mimo swoich kompetencji zawodowych i doświadczenia nie jestem alfą i omegą i mogę się czasem mylić w ocenie sytuacji. Rodzic lepiej zna swoje dziecko niż ja a poza tym nie zawsze jestem bezpośrednim świadkiem zachowań uczniów. Zachęcam rodziców do rozmów w cztery oczy w przypadku jakichkolwiek wątpliwości. Proszę ich jednak o niekomentowanie moich decyzji przy dziecku i wyjaśniam, że w ten sposób tracę autorytet, ale dzięki takiej postawie rodzice wcześniej czy później również go stracą. Namawiam do współpracy i “grania w jednej drużynie”, ponieważ uważam, że konsekwencja oddziaływań wychowawczych jest podstawą sukcesu.
Odradzam kłótnie między rodzicami na skutek nieporozumień między dziećmi. Dzieci zazwyczaj szybko się pogodzą, a rodzice tylko niepotrzebnie wplączą się niezręczną sytuację.
Pozwalam rodzicom podejmować decyzje w sprawie organizowania imprez klasowych, dzięki czemu wszyscy są zadowoleni - ja, rodzice i uczniowie. Nie zapominam podziękować za pomoc i pochwalić rodziców za świetne pomysły. Zawsze coś nowego i ciekawego mi podrzucą, tym bardziej, że są to coraz młodsi rodzice a ja coraz starsza… Miło wspominam ich szalone pomysły typu wyjazd na klasowe ognisko w deszczowy dzień z parasolami, samochodami rodziców (po pół godzinie przestało padać!), kulig z dziećmi i rodzicami (super sprawa, miałam z głowy problem z opieką nad dziećmi i nawet dostałam z ogniska pięknie upieczoną kiełbaskę). A ile było przy tym śmiechu! Wspominaliśmy szkolne lata i opowiadaliśmy co kto lepszego “wywinął” w szkole.
Nie jestem idealnym nauczycielem, są ode mnie lepsi pod wieloma względami. Cenię w sobie jednak to, że nie mam tendencji do wyolbrzymiania problemów i mam dystans do siebie, co pozwala mi zachować życzliwy stosunek do innych. Zgoda na własne niedoskonałości daje zawsze dużą dozę tolerancji wobec ludzi. Może właśnie dzięki temu zasłużyłam sobie na komplement od rodziców, że jestem… “normalna”….:)
11 marca 2010 @ 15:10
Dwie różne osobowości i sposoby podejścia do problemu budowania relacji nauczyciel – rodzic. Zdecydowanie optuję za drugim wariantem, ponieważ uśmiech zachęca do przełamania sztywnej postawy, z jaką często można się spotkać ze strony nauczycieli. Moje dzieci chodzą do szkoły, więc i ja tam uczęszczam na spotkania oraz okolicznościowe uroczystości. U starszego syna rzeczywiście bywało tak, że nauczyciel skupiał się głównie na wszystkim, co złe w klasie a nie chwalił uczniów. Teraz widzę zmiany na lepsze, bo nauczyciele starają się jakoś równoważyć i dobre i złe wiadomości. Myślę, że stosowanie „zasady kanapki” jest dobre, bo nawet u największego łobuza można się doszukać czegoś dobrego. Rodzice nie czują się wtedy tak źle, nie będą ostro oponować i nie popadniemy w skrajności. Taką zasadę stosuje wychowawczyni młodszego syna, notabene bardzo sympatyczna młoda osoba, z którą przyjemnie się współpracuje. Starszy miał mniej szczęścia. Wydaje mi się, że teraz nauczycieli też uczy się, że nie tędy droga do budowania dobrych relacji, bo dobrą tendencję widać u większości uczących w gimnazjum syna, a znam ich nie od dziś i pamiętam nieco inne podejście na wywiadówkach. Kiedyś niektórzy nauczycieli potrafili publicznie, przy innych rodzicach wytykać na głos, imiennie grzeszki ich pociech, co w tej chwili jest niedopuszczalne.
12 marca 2010 @ 12:28
Obawiam się, że to nie jest kwestia tego, że obecnie uczy się nauczycieli innego podejścia do uczniów. Wydaje mi się, że to bardziej kwestia indywidualnych cech osobowości człowieka. Nauczycielem się bywa, a człowiekiem jest się zawsze, więc to zależy na kogo się trafi. Niektórym nauczycielom się wydaje, że ich wykształcenie pedagogiczne automatycznie ustawia ich na piedestale i uważają, że z definicji należy im się szacunek uczniów i rodziców. A to nie tak! Jak w każdym zawodzie na szacunek i dobrą opinię trzeba sobie po prostu zapracować. Ten kto zdaje sobie z tego sprawę i to rozumie na pewno będzie dobrym nauczycielem i wychowawcą.